*James*
Mijały
miesiące, a ja starałem się zapomnieć o Nicole. Z mieszkania wychodziłem tylko
po wódkę. Tylko ty mnie rozumiesz moja wódeczko. Od zniknięcia Nicole, moje dni
toczyły się cały czas w takim samym rytmie. Chlanie, utrata przytomności,
pobudka i znowu chlanie. Między chlaniem, a chlaniem zdarzało mi się, że
wpuściłem do mieszkania Matta, który liczył, że swoimi głupimi pomysłami
wyciągnie mnie z dna, którego sięgnąłem. Dziś nie było inaczej. Obudziłem się
na podłodze, w kałuży swoich rzygów. Usiadłem i rozejrzałem się za czymś do
picia. Pod ręką była tylko do połowy opróżniona butelka wódki. Nie
zastanawiając się długo, sięgnąłem po nią i wypiłem duszkiem. Stężenie
procentów zaparło mi na chwilę dech. Wielkimi haustami łapałem powietrze, a w
oczach miałem łzy. Kiedy wreszcie przełyk przestał mnie palić, otarłem twarz w
brudną koszulkę, którą miałem na sobie. Nagle zabolała mnie głowa. Czułem jakby
ktoś stukał mi młotkiem w czaszkę. Zaraz. Przecież to pukanie do drzwi. Ja
pierdolę, to na pewno Matt. Próbując wstać, poślizgnąłem się na rzygach, w
których leżałem i jebnąłem zwłokami w stolik.



