Walentynkowy wieczór, a Ty siedzisz na kanapie przed telewizorem, jednak w ogóle Cię to nie rusza. Od zawsze uważałaś, że to święto jest bez sensu, bo przecież miłość powinno okazywać się codziennie, a nie tylko jednego dnia w roku. Nie rozumiałaś innych, gdy tak cieszyli się na ten dzień, bo to przecież nic specjalnego. Skoro to takie wielkie święto, to mogłoby być wolne od pracy, ale nic takiego nie miało miejsca. Okropnie się nudzisz. Przerzucasz kanały z nadzieją, że znajdziesz jakiś film akcji, horror, coś co naprawę Cię zaciekawi, a tymczasem wszędzie same romansidła i nudne telenowele. Jest Ci wręcz niedobrze od nadmiaru czułości w koło. Wtem do drzwi ktoś dzwoni. Otwierasz je i niedowierzasz własnym oczom. W progu stoi twój narzeczony, który wyjechał w delegację i miał wrócić dopiero za miesiąc. Czujesz jak do twych oczu napływają łzy szczęścia. Skaczesz mu na szyję i całujesz. Wchodzicie do środka i zamykacie za sobą drzwi.
- Carlos, co ty tu robisz? Miałeś wrócić dopiero za miesiąc. – Zaczynasz rozmowę, nadal będąc w euforii.
- Chciałem ci zrobić walentynkową niespodziankę. – Mówi, szperając za czymś w swej walizce.
- Walentynki… Wiesz co sądzę na ten temat. – Na twej twarzy pojawia się grymas.
- Myślałem, że się ucieszysz.
- Oczywiście, że się cieszę. Jeju, jak ja za tobą tęskniłam. Tylko ten dzień…
- Dobra, zostawmy to. – Mówi, trzymając w ręku jakieś pudełko. – Mam dla ciebie prezent.
- Prezent? Kochanie, nie musiałeś. – Uśmiechasz się od ucha do ucha, gdy ten wręcza Ci przedmiot. – Co to takiego?










