Parę dni temu kupiłem sobie nowe auto, jednak dopiero nie
dawno miałem czas, aby je przetestować. Wziąłem kluczyki i zszedłem do garażu. Odpaliłem
silnik, a mój samochód wydał wręcz hipnotyzujący dźwięk. Ruszyłem na miasto.
Staram się być przepisowym kierowcą, więc nie szarżowałem w terenie
zabudowanym. W końcu jednak zjechałem w polne dróżki. Tutaj mogłem pozwolić
sobie na szaloną jazdę. Mój nowo zakupiony pojazd był przystosowany do tego
typu podłoża więc bez trudu gnałem przed siebie po dziurach. Byłem tak skupiony
na jeździe, że nie zwracałem uwagi na kałuże i błoto rozpryskujące się na mój
wóz. Byłem jakby w amoku, opętało mnie moje własne auto. Frajdę przerwała mi jednak moja żona, która
zadzwoniła do mnie z wiadomością, że w trybie natychmiastowym muszę zwieźć ją
na zakupy, bo jutro przyjeżdża jej mama, a nasza lodówka świeci pustkami.
Odłożyłem słuchawkę i przytuliłem się do kierownicy. Myślałem, że wyjdę z
siebie i stanę obok. Było mi tak dobrze, a dzięki mojej KOCHANEJ teściowej
muszę skończyć zabawę i wracać do szarej rzeczywistości. Zawróciłem samochód i
pojechałem do domu. Gdy byłem już na miejscu, zatrąbiłem tylko klaksonem, a
moja małżonka wyszła na zewnątrz. Wsiadła od strony pasażera i od razu zaczęła
na mnie krzyczeć:
- Coś Ty zrobił z tym samochodem?! Jak on wygląda?!
- Kochanie, nie krzycz, przecież nic się nie stało. Tylko trochę się ubrudził. - Uspokajałem ją.
- „Trochę się ubrudził”?! Kendall, do cholery wyjdź i zobacz jak „tylko trochę się ubrudził”!
- Coś Ty zrobił z tym samochodem?! Jak on wygląda?!
- Kochanie, nie krzycz, przecież nic się nie stało. Tylko trochę się ubrudził. - Uspokajałem ją.
- „Trochę się ubrudził”?! Kendall, do cholery wyjdź i zobacz jak „tylko trochę się ubrudził”!



