Przechadzaliśmy
się powoli ulicami Los Angeles. Ja patrzyłem w stronę budek z żarciem, a
Margaret oglądała wystawy sklepowe. W pewnym momencie krzyknęła, wyrywając mnie
z myślenia o jedzeniu:
- Och,
zobacz jaki wspaniały zestaw. Keny, wejdźmy do środka.
Nie czekając
na moją odpowiedź, pociągnęła mnie do szklanych drzwi prowadzących do piekła.
Nienawidziłem chodzić na zakupy. Margie mogła chodzić na zakupy z
przyjaciółkami, albo z Jamesem, ale nie ze mną. Miałem nadzieję, że szybko stąd
wyjdziemy. Po chwili przekonałem się, że tak się nie stanie.
- Kendi,
który Twoim zdaniem jest lepszy? Lazurowy czy turkusowy?
- Turkusowy
- Ten, który
pokazałeś to Lazurowy.
- Aha. No to
Lazurowy.
- O popatrz,
tam jest jeszcze błękitny.
- Jezu, co
za różnica.
- Znacząca
Keny. Znacząca.
Wywróciłem
oczami i zrezygnowany usiadłem na pufie. Margie poruszała się zwinnie pomiędzy
regałami i na moje nieszczęście znalazła kolejny żakiet w odcieniu koloru
niebieskiego, którego nie potrafiłem nazwać. Niosąc te trzy żakiety podbiegła do
mnie i powiedziała:



